Forum Zjawisk Niewyjaśnionych
zagadki ludzkości tajemnicze sprawy

∑ temat został odczytany 1898 razy ¬




ZAREJESTRUJ SIĘ I ZALOGUJ NA FORUM, TO NIC NIE KOSZTUJE!
PO ZALOGOWANIU BĘDZIESZ MÓGŁ ZOBACZYĆ WYPOWIEDZI SPECJALISTÓW I WYŁĄCZYĆ REKLAMY

ZJAWISKA | Niewyjasnione rozdzialy polityki
Ludobójstwo w Ruandzie 
Wyślij odpowiedź [powiadom znajomego]    
Autor "Ludobójstwo w Ruandzie"   
 
Skaneer
 Wysłana - 1 październik 2005 05:31       
 
Przeniesiona przez xami z działu 'Na luzie'. | zgłoś naruszenie regulaminu

Qrcze, chciałem gdzieś wrzucić ten tekst, ale zapewne zostałby i tak przeniesiony do tego działu, chociaż zważywszy na temat tego artykułu, jego miejsce w dziale "Na luzie" to troche dziwny fakt Artykuł mówi o wydarzeniach w Ruandzie w 1994. Wiele osób w Polsce, zwłaszcza młodszego rocznika, nie ma najmniejszego pojęcia o tym, co zaszło wtedy w tym kraju, a zaszło tam chyba największe ludobójstwo drugiej połowy XX wieku (800 tys. osób zginęło w 3 miesiące, są to szacunkowe dane - liczba zabitych może być o wiele wyższa).
UWAGA: TEKST ZAWIERA TREŚCI MAKABRYCZNE.

Tytuł: Nikt nie schodził na pole

Po przejściu ludobójstwa pozostaje w duchu ocalonego ukryta rana, która nigdy nie będzie mogła ukazać się w świetle dnia, przed oczyma innych

Co powoduje, że poczciwy człowiek idzie z maczetą zabijać sąsiadów, przeciwko którym osobiście nic nie ma? Atawizm plemienny? Lęk o przestrzeń życiową? Demony z przeszłości? Erupcja zbiorowego szaleństwa? A może w każdym z nas kryje się zdolność do czynów tak bestialskich?

Wieczorem 6 kwietnia 1994 r. samolot prezydenta Ruandy, Juvénala Habyarimany, został zestrzelony nad Kigali przez nieznanych sprawców. Politycy Hutu o jego śmierć obwinili Tutsich. Tej samej nocy zaczęły się pierwsze masakry.

Rana

W 2000 r. francuski dziennikarz Jean Hatzfeld opublikował opowieści ludzi, którzy ocaleli z rzezi w ruandyjskim powiecie Nyamata. Książka nazywała się "Dans le nu de la vie", co można przetłumaczyć jako "W nagości życia".
Nyamata leży nieco na południe od Kigali. Masakry zaczęły się tu o godzinie jedenastej 11 kwietnia i zakończyły o czternastej 14 maja. Podczas pięciu tygodni na czternastu wzgórzach wchodzących w skład powiatu zginęło ok. 50 tysięcy z 59 tysięcy Tutsich. Zabijali ich ochotnicy z bojówek Interahamwe, szkolonych przez wojsko ruandyjskie, oraz sąsiedzi Hutu - codziennie od dziewiątej do siedemnastej, włączając niedziele i święta.
Jean Hatzfeld był wieloletnim korespondentem wojennym dziennika "Libération". Ciężko raniony przez snajpera w Sarajewie, napisał dwie książki o wojnie w b. Jugosławii. Do Ruandy trafił, gdy było już po wszystkim, a masy Hutu uciekały do Konga przed nadciągającymi z Ugandy partyzantami Tutsi.
Większość dziennikarzy pisała głównie o tych dwóch milionach przerażonych Hutu, których widziała na drogach. Tutsi, którzy przeżyli, nie przyciągali uwagi. Hatzfelda uderzyło milczenie ocalonych. Tak samo, zauważał, milczeli z początku więźniowie uwolnieni z Buchenwaldu i Dachau: "Po wojnie ludzie, którzy przeżyli, czują silną potrzebę dawania świadectwa. Po ludobójstwie przeciwnie: ci, co przeżyli, dziwnie szukają ciszy". Prawda, ocaleni Tutsi rozmawiali o masakrach - lecz tylko między sobą. Hatzfeld był jednym z pierwszych, którzy zaczęli zbierać ich świadectwa. Jego książka to próba przerzucenia kładki nad przepaścią, którą ludobójstwo otworzyło między tymi, co przeżyli, a światem.

"Po przejściu ludobójstwa pozostaje w duchu ocalonego ukryta rana, która nigdy nie będzie mogła ukazać się w świetle dnia, przed oczyma innych - mówi Sylvie Umubyeyi, pierwsza rozmówczyni Hatzfelda. - My nie znamy dokładnie rodzaju ukrytej rany, lecz wiemy, że ona istnieje. Ci, którzy nie przeżyli ludobójstwa, nie dostrzegają niczego. Jeżeli wykażą dużą wolę, pewnego dnia będą mogli sobie uświadomić istnienie tajemnego bólu, który odczuwamy".

Sylvie urodziła się w uniwersyteckim środowisku w Butare. Jej ojciec był bibliotekarzem, mąż zaczynał karierę wykładowcy. Po ich śmierci nie chciała pozostać w Butare. Została asystentką społeczną w Nyamacie. Odszukuje osierocone dzieci żyjące samotnie na wzgórzach.

W Ruandzie, mówi Sylvie, w dobrym tonie jest powściągliwość i dyskrecja. Dzieciom, jak dorosłym, niełatwo mówić o sobie.

Hatzfeld nie kryje podziwu i miłości do ludzi, którzy poruszają subtelnością refleksji nad tym, czego doświadczyli - jak mówi Sylvie - "w nagości życia".

"Pokazać serce obcemu, mówić o tym, co czujemy - powiedziała Marie-Louise Kagoyire - to wstrząsa nami nad wszelką miarę".

Jeanette

Dzień po dniu Hatzfeld odwiedza więc tych, co przeżyli. Samotni, bez rodzin, wrócili na swoje wzgórza.

Jeanette Ayinkamiye ma 17 lat. Uprawia swoją parcelę, pomaga sąsiadom za jedzenie lub drobne pieniądze i dorabia szyciem na targu - utrzymuje dwie młodsze siostry i dwoje obcych dzieci. Stara się śmiać jak najczęściej, mówi Hatzfeldowi, żeby zbliżyć dzieci do wesołości. O małżeństwie nie myśli. "Prawdę mówiąc, nie czuję się zbyt swobodnie wobec życia - opowiada. - Nie umiem wyjść myślą poza dzień dzisiejszy".
Gdy jest sama w polu, wraca do niej przeszłość i ogarnia smutek. "Odkładam wtedy motykę i idę pogawędzić do sąsiadów - mówi. - Pośpiewamy, napijemy się razem soku i czuję się lepiej".
Jej ojciec i bracia zginęli w pierwszych dniach masakr. Jeanette zdołała uciec z matką i siostrami na bagna. Przez miesiąc ukrywały się w błocie, w gąszczu papirusów. Któregoś dnia matkę dostrzegli Interahamwe. Dała im pieniądze, żeby zabili ją szybko, lecz nie spełnili prośby. Jeanette, ukryta pod liśćmi, słyszała tylko jej szept: "Święta Cecylio, święta Cecylio...". Interahamwe odrąbali jej ręce i nogi i pozostawili ją w mule. Pierwszego dnia mogła jeszcze mówić. Drugiego dnia szeptała "do widzenia, dzieci". Zmarła trzeciego dnia. Nazywała się Agnes Nyirabuguzi.
Młodsza siostra Jeanette, która przeżyła uderzenie maczety, widziała zabójcę. To był najstarszy syn ich pastora, "wysoki i wykształcony chłopiec". Dziś jest w okręgowym więzieniu w Rilimie.

"Ci więźniowie to bolesny problem - powiada Jeanette. - Jeśli się zamknie w więzieniu całą nienawiść tych, co masakrowali, nigdy nie zdoła obeschnąć na powietrzu. Lecz jeśli pozwoli jej się wykraść na plantacje, zabójstwa zaczną się na nowo".

W styczniu 2003 r. rząd Ruandy postanowił zwolnić 16 tysięcy więźniów, którzy przyznali się do winy, lecz nie zdążyli zostać osądzeni.

"W obyczajach ruandyjskich sąsiad to ktoś bardzo ważny - mówi Sylvie Umubyeyi. - On jeden wie, jak się obudziłeś, czego ci brakuje, w czym może ci doradzić, jak możecie sobie wzajem pomóc. Jeśli nie znasz już swojego sąsiada lub jeśli on ucieka, gdy się do niego odzywasz, czegoś ci strasznie brak...".

Zabójcy i ci, którzy umknęli im spod maczet, na nowo mieszkają po sąsiedzku na wzgórzach Ruandy.

Tamci

Gdy Hatzfeld zbierał opowieści ocalonych, nie przyszło mu do głowy rozmawiać z zabójcami. Dopiero pytania czytelników każą mu się zastanowić, co właściwie myśleli tamci.

W Ruandzie niełatwo jednak uzyskać świadectwa zabójców. Hatzfeld czuje, że musi trafić na grupę przyjaciół - grupa daje poczucie bezpieczeństwa. "Zabijaliśmy" łatwiej przechodzi przez usta niż "zabijałem".

W więzieniu w Rilimie Hatzfeld spotyka taką grupę - Adalbert, Pancrace, Pio i inni byli znani na wzgórzach Nyamaty. Razem chodzili do szkoły, póki nie przerwali nauki, żeby uprawiać ziemię, jak wszyscy Hutu w okolicy. Zanim nadeszła wiosna 1994, spotykali się prawie co wieczór, żeby napić się razem urwagwy, domowego wina z bananów, a przy większej okazji też i piwa Primus.

Hatzfeld odwiedza ich codziennie. Czasem gawędzą niemal serdecznie, choć wzajemna nieufność pozostaje.

Ci, co ocaleli, także żywili wobec niego nieufność. Pochodził z kontynentu, który nic nie zrobił, żeby ratować ich bliskich. 21 kwietnia, w pełni masakr, Rada Bezpieczeństwa zredukowała liczbę żołnierzy ONZ w Ruandzie z 2500 do 270. Na co więc teraz słowa?

Ocaleni obawiali się też, że im nie uwierzy.

Zabójcy, pisze Hatzfeld, nie boją się, że im się nie uwierzy. Boją się, że pewnego dnia ich słowa obrócą się przeciw nim. Tylko w więzieniu mówią swobodnie. Gdy wyjdą na wolność, zaczną unikać rozmów.

Nowy zbiór będzie nazywał się "Sezon maczet". Hatzfeld przyznaje, że nigdy nie pozbędzie się wątpliwości, czy słusznie zrobił, decydując się oddać głos zabójcom.
W codziennych wizytach w więzieniu towarzyszy mu Innocent Rwililiza. Rwililiza, Tutsi, jest nauczycielem. Przeżył, przez pięć tygodni ukrywając się w lesie. Gdy rozmówcy mówią w języku kinyaruanda, Innocent tłumaczy ich słowa na ten szczególny, metaforyczny francuski, jakiego używa się w Ruandzie. Zna wszystkich. Nim nadeszła wiosna 1994, ze starszymi widywał się po pracy w barach, młodszych uczył w szkole. To zwykli ludzie, pisze Hatzfeld, tacy jak u Primo Leviego i Hanny Arendt. Żaden nie ma zatargów z sąsiadami Tutsi o kobietę, o miedzę, o krowę, która weszła w szkodę.

Adalbert Munzigura jest szefem kościelnego chóru i należy do jednej z nacjonalistycznych partii Hutu. Pancrace Hakizamungili chodzi za nim jak cień. Fulgence Bunani wyróżnia się pobożnością i zastępuje księdza podczas mniejszych uroczystości. Pio Mutungirehe, najmłodszy, śpiewa w chórze i kocha piłkę nożną. Alphonse Hitiyaremye dobiega czterdziestki, ma czwórkę dzieci i prowadzi sklepik.

Jest jeszcze Léopord Twagirayezu, który grywa w piłkę z Adalbertem i Pio, ale mieszka daleko i widuje ich rzadziej. Léopord jest członkiem rzadzącej partii Hutu, a zarazem żarliwym katolikiem. To on będzie zabijać najwięcej - i to on pierwszy z dnia na dzień się załamie i odda w ręce sądu.

"Adalbert był bardzo inteligentny i przedsiębiorczy - mówi Innocent Rwililiza. - Pancrace był twardy i mroczny, zawsze za Adalbertem, od najwcześniejszego dzieciństwa. Pio był naprawdę bardzo sympatyczny. Alphonse był najprzebieglejszy w negocjacjach, ale uczynny przy butelce. Fulgence uważał się za przystojniaka. Był nawet bardziej wymuskany niż niektórzy Tutsi. Nigdy nie miał dość modlitw". A Léopord? "Nie wyróżniał się niczym i tylko to, co potem robił swoją maczetą, było wyjątkowe".

W więzieniu zdobędą nowych przyjaciół - Jean-Baptiste Murangira pracował jako urzędnik, zanim wrócił do uprawy ziemi. Jego żona jest Tutsi i Jean-Baptiste ma z nią sześcioro dzieci. Ignace Rukiramacumu, rozgoryczony wdowiec, jest starszy o jedno pokolenie, podobnie jak Elie Mizinge, emerytowany żołnierz i policjant. Jest jeszcze Joseph-Désiré Bitero, działacz z Nyamaty i szef lokalnej formacji Interahamwe, który nie ma prawa opuścić sektora skazanych na śmierć. Wszyscy mieszkali na trzech sąsiednich wzgórzach, Kibungo, N'tarama i Kanzenze. W dole między wzgórzami rozciągają się bagna. Kobiety co dzień schodzą w dół, godzinę czy dwie, żeby w plastikowych kanistrach przynieść z mokradeł wodę do mycia i do gotowania.

Tam, na bagnach właśnie, będą szukać schronienia Tutsi z okolicy, gdy zacznie się zabijanie.

Ci, co nie chcieli zobaczyć

Dwa dni po zestrzeleniu samolotu prezydenta, gdy w Kigali ginęli już pierwsi Tutsi i umiarkowani politycy Hutu, w Nyamacie pojawił się konwój opancerzonych transporterów ONZ. Zatrzymał się najpierw przy kościele i klasztorze, a potem w klinice położniczej i w szpitalu. Zabrał wszystkich Europejczyków - pięciu księży i trzy siostry. Szwajcarskie zakonnice chciały zabrać zakonnice Tutsi. Żołnierze powiedzieli, że ich miejsce jest w Ruandzie. Zakonnice Tutsi zginęły niedługo później.

Gdy bojówkarze Interahamwe zobaczyli, jak konwój odjeżdża, odkapslowali butelki.

Adalbert: "Odkąd spadł samolot, radio powtarzało: »Cudzoziemcy wyjeżdżają. Mają dowody na to, co zrobimy, i opuszczają Kigali. Nie interesuje ich los Tutsich...«. Nasze oczy widziały tę ucieczkę transporterów na drodze. Nasze uszy nie słyszały już cichych głosów wyrzutu... Mówiliśmy sobie: »Prawda, że jedyne, co błękitne hełmy zrobiły w Nyamacie, to w tył zwrot, żeby dać nam spokój?«".
Dlaczego w Nyamacie europejscy księża opuścili parafian bez słowa, nim jeszcze doszło do pierwszych masakr? "Biali nie chcą zobaczyć tego, w co nie wierzą, a nie mogą uwierzyć w ludobójstwo, bo to zabijanie, które przerasta wyobraźnię" - powiedziała Hatzfeldowi Claudine Kayitesi, ocalona Tutsi.

Pierwsze dni

Adalbert: "Sobota, po upadku samolotu, to był dzień próby chóru w kościele w Kibungo. Śpiewaliśmy pieśni w dobrym porozumieniu z naszymi rodakami Tutsi, nasze głosy mieszały się jeszcze w jednym chórze. W niedzielę przyszliśmy na mszę o ustalonej godzinie: oni nie przyszli. Zdążyli już uciec w busz ze strachu... To bardzo nas zdenerwowało, zwłaszcza w niedzielę. Gniew dopadł nas przed drzwiami kościoła. Zostawiliśmy Pana i nasze modlitwy w środku, żeby szybkimi krokami zawrócić do domu. Zmieniliśmy nasze niedzielne ubrania na ubrania do robót polowych, wzięliśmy maczety i maczugi. Poszliśmy prosto na zabijanie".

W południe pierwszego dnia zabójstw Isidore Mahandago, 65-letni Hutu, odpoczywa przed domem po poranku pielenia. Mówi młodym, którzy idą z maczetami: "Wy, młodzi, robicie źle. Zawróćcie. Wasze ostrza zapowiadają straszne nieszczęście dla nas wszystkich... Wróćcie na swoje parcele, nie dręczcie już waszych sąsiadów". Młodzi śmieją się i powalają go ciosem maczety. Jest wśród nich syn zabitego. Idą dalej, śpiewając.

Zabójstwa w Nyamacie przybiorą charakter masowy cztery dni po śmierci prezydenta, gdy miejscowe władze zbiorą wszystkich mężczyzn Hutu na stadionie.

Pancrace: "Posłaniec radnego powiatu przeszedł po domach, żeby nas wezwać bezzwłocznie na mityng. Tam radny oznajmił nam, że powodem mityngu było zabicie wszystkich Tutsich bez wyjątku. To było prosto powiedziane i proste do zrozumienia".

Bojówkarze Interahamwe, których wielu przybyło z innych okolic, rozdzielają zadania. Najpierw trzeba iść tam, gdzie zebrali się Tutsi - do kościołów. W Ruandzie pogromy zdarzały się wcześniej. Zabójcy jednak zawsze omijali kościoły.

Alphonse: "W czwartek, gdy weszliśmy do kościoła w N'taramie, ludzie leżeli w półmroku... Czekali na śmierć w spokoju kościoła. Nie było dla nas ważne, że znaleźliśmy się w domu Boga. Krzyczeliśmy, żartowaliśmy, rzucaliśmy rozkazy i wyzwiska. Sprawdziliśmy osobę po osobie, przyglądając się twarzom, żeby dobić wszystkich sumiennie. Kiedy mieliśmy wątpliwości co do agonii uczestnika, ciągnęliśmy ciało na zewnątrz, żeby przyjrzeć mu się w świetle dziennym".

W kościołach w Nyamacie i w N'taramie ginie dziesięć tysięcy ludzi, wśród nich żona Innocenta Rwililizy i jego syn. Ludzie już wiedzą, że nie jest to zwykły pogrom. "Wieczorem po masakrze w kościele powaga sprawy całkiem się odmieniła - mówi Jean-Baptiste. - Czyny zapowiadały się ostateczne, a słowa niepotrzebne".

W klinice położniczej Sainte-Marthe żołnierze żądają pieniędzy za ochronę. Szwajcarskie zakonnice zabrały wszystkie fundusze, lecz kobiety Tutsi, które schroniły się w środku, robią zbiórkę. Trzeciego dnia nie mają już czym się opłacić. Ale żołnierze przyznają, że i tak już nic nie mogliby dla nich zrobić.
Valérie Nyirarudodo, pielęgniarka Hutu, została w klinice do końca: "Spojrzałam na kobietę, która urodziła i leżała przede mną na materacu z dwojgiem dzieci. Modliłam się szybko: »Mój Boże, powiedz mi, które mam zabrać«. Potem pomyślałam: »Jak wezmę noworodka, nie będę go mogła wykarmić, bo nie mam mleka. Jak wezmę starszego, będzie łatwiej«. Zawiązałam go na plecach i powiedziałam żołnierzom: »Ten też jest mój«".

Rankiem 14 kwietnia w klinice było ponad 300 kobiet i dzieci. Wieczorem żyło pięć kobiet i ocalone dziecko.

Chłopcu na imię Honnęte. Mieszka dziś w Kenii u krewnych.

Czas siewu

Pio: "Nie wiem, czemu zacząłem nienawidzieć Tutsich. Byłem młody, lubiłem piłkę nożną, grałem z Tutsimi w moim wieku... Nienawiść pojawiła się o tak, w momencie zabójstw, podjąłem ją przez naśladowanie i wygodę".

Fulgence: "W gruncie rzeczy Hutu nie nienawidzili Tutsich aż tak bardzo. W każdym razie nie na tyle, żeby zabijać ich bez wyjątku. Złe siły, straszniejsze niż uporczywa nienawiść, wmieszały się w tę rywalizację etniczną, żeby rzucić nas na bagna. Brak parcel, np., mówiliśmy o tym między nami...".

Léopord: "To delikatna sprawa, mówić o nienawiści między Hutu i Tutsi, bo po zabójstwach słowa zmieniły sens. Przedtem mogliśmy żartować między sobą i mówić, że zabijemy ich wszystkich, a chwilę potem spotykaliśmy się z nimi przy jakiejś pracy albo przy butelce. Żarty i groźby były przeplecione... Tutsi nie oddalali się z powodu tych przykrych rozmów. Od tamtej pory, zobaczyliśmy - słowa przyciągnęły poważne konsekwencje".

"Myślę, że nikt nie zapisze nigdy wszystkich prawd tej tajemniczej tragedii - mówi Claudine Kayitesi. - Każde tłumaczenie będzie utykać z jednej czy drugiej strony, jak krzywy stół. Ludobójstwo to złe chaszcze, które nie wspierają się na dwóch czy trzech korzeniach, ale na węźle korzeni, które spleśniały pod ziemią, gdzie nikt nie mógł ich dostrzec".

Hatzfeld powtarza pytanie, które przed laty zadawał sobie Primo Levi. Czy byliśmy świadkami racjonalnie zorganizowanego planu, czy jedynej w swoim rodzaju manifestacji zbiorowego szaleństwa? Logiki zmierzającej ku złu, czy też braku logiki? Oba aspekty z sobą współistniały - konkluduje Levi.

Ludobójstwo ruandyjskie, jak Shoah, było aktem szaleństwa - ale przede wszystkim ukoronowaniem długich przygotowań.

Przez osiem wieków rządzili Tutsi. Niemal feudalna monarchia, oparta w dużej mierze na wyzysku Hutu, była zorganizowana w sposób tak złożony, że pozostaje zagadką dla historyków. Belgowie, którzy zajęli kraj, poparli monarchię. Europejscy antropolodzy dowodzili, że Tutsi nie są jedynie klasą społeczną, ale osobną grupą etniczną, przybyłą skądinąd. Gdy w 1933 r. wprowadzono dowody osobiste z wpisem "Hutu" lub "Tutsi", bariera została nakreślona. Hatzfeld nie bada jednak winy kolonialnej administracji, stosującej zasadę "dziel i rządź". Notuje tylko, że podczas ludowej rewolty 1959 r. Belgowie stanęli nagle po stronie rolników Hutu, którzy obalili arystokrację Tutsi.

Gdy trzy lata później Ruanda zdobyła niepodległość, Hutu zepchnęli Tutsich na margines - nie tylko dawnych arystokratów, ale i nauczycieli, urzędników, rolników. Piętnowano ich jako chytrych krwiopijców w przeludnionym kraju.
Juvénal Habyarimana objął urząd prezydenta w 1973 r. Przez 20 lat rządów utwierdził system oparty na konfiskatach dóbr Tutsich, limitach miejsc w szkołach i pogromach, których sprawcy nie byli karani. Francja wspierała reżim militarnie.

Yolande Mukagasana, pielęgniarka z Kigali, która w 1994 r. straciła męża i troje dzieci, opowiadała przed Międzynarodowym Trybunałem o szkole, do której chodziła. Na jej przykładzie pani uczyła inne dzieci, jak odróżniać Tutsich. "Udało im się nam wmówić, że do niczego się nie nadajemy - mówi Yolande. - Wyrośliśmy: jedni na uległe ofiary, drudzy na potencjalnych katów".

Ludobójstwo w Ruandzie, jak w Niemczech - pisze Hatzfeld - było dziełem totalitarnego reżimu, który od dawna utrzymywał się u władzy. Pytania, co byśmy zrobili na miejscu Pio czy Léoporda, nie mają sensu. Nie dlatego, że nie możemy postawić się w sytuacji rolnika, który uprawia fasolę na wzgórzach Ruandy. Dlatego, że nie wychowaliśmy się w despotycznym reżimie opartym na podziale etnicznym.

W 1990 r. Inkotanyi, uchodźcy Tutsi szkoleni w Ugandzie, zaczynają atakować armię rządową, opartą w większości na żołnierzach Hutu. Siły ONZ nie potrafią położyć kresu walkom. "Wszystkie ludobójstwa współczesnej historii zdarzają się w czasie wojny - pisze Hatzfeld. - Wojna tworzy stan bezprawia, uprawomocnia śmierć, normalizuje barbarzyństwo, podsyca strach i fantasmagorie, ożywia stare demony, podważa moralność i humanizm".

"Od 1992 r. programy wszystkich partii Hutu proponowały zabójstwa Tutsich - mówi Hatzfeldowi skazany na śmierć Joseph-Désiré. - Były dokładne i przemyślane. Odczytywano je na mityngach, powtarzano je w radio... Wszyscy mogli je dobrze usłyszeć i zrozumieć, w pierwszym rzędzie Biali i Tutsi".

W Nyamacie, zapewne już od grudnia 1993 r., lokalni notable wiedzieli o planach eksterminacji. W Kigali wiedziały ambasady obcych państw i sztab ONZ.

Hutu, dowodzi oficjalna propaganda, lepiej potrafią uprawiać rolę - stada krów, które tradycyjnie hodują Tutsi, tylko tratują żyzną ziemię ruandyjską. W radiu o Tutsich mówi się "karaluchy", a humorystyczne piosenki i skecze wzywają do ich eksterminacji. Innocent Rwililiza wspomina, że nawet on się śmiał. "Przyzwyczailiśmy się - mówi. - Nie zwracaliśmy już uwagi na groźby".

"Odpowiedzialni za ludobójstwo w Ruandzie nie są ubodzy i ciemni rolnicy, czy krwiożerczy i pijani Interahamwe - ciągnie Innocent. - Odpowiedzialni są ludzie wykształceni. Profesorowie, politycy, dziennikarze, którzy wyjechali do Europy studiować rewolucję francuską i nauki humanistyczne... Jestem nauczycielem, więc myślę, że wykształcenie jest potrzebne, żeby nas oświecić. Ale ono nie czyni człowieka lepszym, ono czyni go bardziej skutecznym".

"W 1959 r. Hutu zabijali, przepędzali, plądrowali Tutsich bez wytchnienia, ale ani przez chwilę nie wyobrażali sobie, że mogą ich eksterminować - zauważa Innocent. - To intelektualiści dodali im odwagi, zaszczepiając myśl o ludobójstwie i uwalniając od wahań".

Elie: "Jak przy pracach polowych, czekaliśmy na odpowiedni sezon. Śmierć prezydenta była sygnałem do ostatecznego chaosu. Ale tak jak przy zbiorach, siew miał miejsce już wcześniej".

"Zrozumiałem - mówi Jean-Baptiste po masakrze w kościele - że słowa i czyny się dopasowały".

Oczyścić ziemię

Afryka, zauważa Hatzfeld, to mieszanka setek grup etnicznych. Regułą jest jednak współpraca, nie konflikt. Pisarze afrykańscy, jak Tierno Monenembo z Gwinei czy Boubacar Boris Diop z Senegalu, którzy pisali o tragedii Ruandy, nie mieli więcej kluczy, by zrozumieć to, co się stało, niż pisarze z Europy.

Ludobójstwo nie jest w obyczajach afrykańskich, przyszło skądinąd - powiedziała Hatzfeldowi Berthe Mwanankabandi, ocalona Tutsi. Ludobójstwo, poprawia ją Hatzfeld, nie jest w niczyich obyczajach. Choć prawda, że jego przebieg zależy od miejscowych warunków. "W kraju filozofii, jakim były Niemcy, ludobójstwo miało za cel oczyścić istotę i myśl - pisze Hatzfeld. - W kraju wiejskim, jakim była Ruanda, ludobójstwo miało na celu oczyścić ziemię, zdezynfekować ją od »rolników karaluchów«".

Cudzoziemcy dziwili się czasem, jak zabójcy rozpoznawali ofiary. Hutu i Tutsi mówią jednym językiem, mieszkają przemieszani, a różnice w wyglądzie bywają zdradliwe. Hatzfeld odpowiada: oni się znali.

Historycy wyliczają cztery etapy Shoah: poniżenie, naznaczenie (gwiazdy na rękawie), potem deportacja i koncentracja w obozach czy gettach, w końcu likwidacja. Naznaczenie, deportacja i koncentracja w Ruandzie nie były potrzebne. Cały kraj był ogromną wsią i każdy wiedział, kim są jego sąsiedzi. Tutsi zresztą ze strachu skupiali się w grupy sami, wpierw w kościołach, a potem na bagnach i w lasach.

Społeczeństwo miejskie ma ludobójstwo miejskie, społeczeństwo wiejskie - ludobójstwo wiejskie - pisze Hatzfeld. Wiejskie ludobójstwo ruandyjskie przerosło jednak wydajnością miejskie ludobójstwo niemieckie. Starczyły trzy miesiące, by zginęło 800 tysięcy Tutsich. Zginęły też dziesiątki tysięcy Hutu, którzy nie chcieli wziąć udziału w rzezi.

Drugiego dnia zabójstw François Kalinganiré, dawny burmistrz Nyamaty, Hutu, widzi na swoim podwórzu tłum ludzi. Umiarkowane poglądy przysporzyły mu wrogów. Jego żona jest Tutsi - ma ją teraz zabić. Odmawia. Sąsiedzi próżno przekonują go, by usłuchał. Kalinganiré ginie na swoim podwórzu.

Innocent Rwililiza ukrywa się w lesie w Kayumba. Las jest eukaliptusowy. Eukaliptusy rosną rzadko, nie można się przyczaić, jak na bagnach. Trzeba uciekać, cały dzień.

Gdy zapada zmrok i zabójcy wracają do domów, ziemia jest usłana martwymi i konającymi. Żywi zbijają się w grupy w ciemnościach. Próbują dodać sobie odwagi przed dniem, który nadejdzie.

Innocent spotka tu trzech Hutu. To najemni robotnicy rolni. Mówią, że uciekli do lasu, bo są zielonoświątkowcami i Pismo Święte zabrania im zabijać ludzi, których Bóg stworzył na swe podobieństwo.

"Są dni, kiedy mówię sobie, że gdyby mężczyźni i kobiety żyli na ziemi tak przychylni sobie, jak my w Kayumba, świat byłby znacznie łagodniejszy niż jest - powiada Innocent. - Ale wszyscy ci solidarni ludzie nie żyją i nie zostali nawet pogrzebani".

W lesie w Kayumba szukało schronienia około pięciu tysięcy osób. Przeżyło dwadzieścia. Trzech zielonoświątkowców nie było między ocalonymi.

Rutyna

Pancrace: "Pamiętam pierwszą osobę, która spojrzała na mnie w momencie krwawego ciosu... Oczy tego, kogo się zabija, są nieśmiertelne, jeśli są na wprost ciebie, gdy zabijasz. Mają straszny czarny kolor. Robią większe wrażenie niż cieknąca krew i jęki ofiar, nawet w ogromnym zgiełku śmierci".

Fulgence: "Najpierw rozbiłem głowę starej babci uderzeniem pałki. Ale ponieważ leżała konając na ziemi, nie poczułem śmierci w ramieniu. Wróciłem wieczorem do domu nawet o tym nie myśląc. Na drugi dzień ścinałem żywych na stojąco, w kościele. Z powodu zamieszania, pamiętam, zacząłem uderzać nie patrząc... Wtem zobaczyłem strumień krwi, który płynął przed moimi oczami, zalewając skórę i ubrania osoby, która wciąż się nie przewracała... Poczułem, że to wzięło się z mojej maczety, spojrzałem, była mokra. Przestraszyłem się i wymknąłem się na zewnątrz...".

Alphonse: "Za tym pierwszym razem zaskoczyła mnie szybkość śmierci, a także miękkość uderzenia, jeśli mogę się tak wyrazić. Nigdy jeszcze nie zadałem śmierci... Ponieważ nieźle mi się powodziło, w dni wesel albo na Boże Narodzenie opłacałem chłopaka, żeby zabił mi kurczaki za domem, aby uniknąć tego brudactwa".

"Byli koledzy, którzy pozostali niezręczni do końca - mówi Alphonse. - Nie mieli śmiałości... Uderzali w ramię zamiast w szyję i uciekali krzycząc: »Załatwione, zabiłem go zupełnie«. Ale wiadomo było, że to nieprawda. Specjalista musiał interweniować, żeby dogonić cel i go dokończyć".

Clémentine Murebwayre jest Hutu. Jej mąż, Tutsi, zginął. Clémentine widziała ojców, którzy uczyli synków, jak ciąć. "Pokazywali swoje umiejętności na osobach nieżywych albo na żywych, których schwytali w ciągu dnia - mówi. - Najczęściej chłopcy próbowali swych sił na dzieciach, odpowiadających im wzrostem. Ale bardzo wielu nie chciało mieszać dzieci bezpośrednio do tych krwawych brudactw, chyba że do patrzenia, oczywiście".

Na wzgórzach powoli zaczyna się rutyna.

Dzień po dniu, nie zważając na niedziele i święta, w godzinach pracy mężczyźni ruszają na bagna. "Podczas zabójstw - mówi Alphonse - nie było żadnego ślubu, chrztu, meczu piłki nożnej czy mszy... Nie zajmowały nas już takie celebracje".

Alphonse: "Starsi ludzie zadawali pytania półgłosem: »Czemu nie zadowolić się zabiciem krów, które wchodzą w szkodę, zabrać żyzne parcele, lecz zostawić przy życiu pewną liczbę Tutsich?«. Szef odpowiadał: »Nie. Ich tradycja jest zbyt długa. Tutsi łażą za swoimi krowami od zbyt dawnych czasów, zaczną od nowa z nowymi krowami. Zabijcie krowy i Tutsich, to jedno zadanie«".

Pancrace: "Reguła numer jeden, to było zabijać. Reguły numer dwa nie było. To była organizacja bez komplikacji".

"Myślę, że ten, kto został zmuszony do zabijania, chciał na drugi dzień, żeby jego sąsiada też zmuszono, aby na obu patrzono podobnie" - zauważa Christine Nyiransabimana, której ojciec, Tutsi, zginął podczas masakr.

"Była specjalna ekipa podochoconych chłopaków, która miała za zadanie przeczesywać domy tych, co chcieli się chować - powiada Pancrace. - Bardziej się obawialiśmy gniewu władz niż krwi, którą przelewamy. Ale tak naprawdę, to się nie baliśmy niczego...".

"Staliśmy się naturalnie źli. Nie potrzebowaliśmy już zachęty ani grzywn, by zabijać - mówi Jean-Baptiste. - Byli gwałtownicy, którzy po zabójstwach dalej zabijali krowy, bo nie mogli odłożyć maczety".
Ten, kto ma banany do tłoczenia, może poprosić o zwolnienie. Ten, kto jest chory, także. "Ale dla tego, kogo złapano na oszukiwaniu - mówi Alphonse - to się mogło źle skończyć. Musiał zapłacić karę...".

Ibrahim Nsengiyumua, zamożny kupiec z Nyamaty, płaci w ten sposób grzywnę za grzywną, aż utraci wszystko, co ma. "Zgromadził dość bogactw w swoim życiu - mówi Innocent Rwililiza - żeby go nie zmarnować krwią".

"Rolnicy nie byli dość bogaci - mówi Marie-Chantal, której mąż był szefem Interahamwe w Nyamacie - żeby kupić sobie spokój od zabijania. Doktorzy czy profesorowie z Kigali opłacali służbę czy pracowników, żeby się nie brudzić. Na wzgórzach wielu zabijało po prostu, żeby umknąć biedzie. Jeśli uczestniczyli w zabijaniu, nie ryzykowali grzywny i mogli zdobyć dużo pieniędzy. Ten, komu los proponował pokrycie dachu blachą, nie mógł się wahać".

Ale na bagna idą nie tylko biedacy.

"Dyrektor szkoły i inspektor oświaty mojego rejonu uczestniczyli w masakrach z pałką nabitą gwoździami - mówi Jean-Baptiste Munyankore, nauczyciel z N'taramy, który przeżył na bagnach. - Dwaj koledzy profesorowie, z którymi wcześniej pijaliśmy piwo i wymienialiśmy uwagi o uczniach, przyłożyli ręce do roboty... Jeden z księży, prezydent miasta, podprefekt, lekarz... Dla tego, kto jak ja, całe życie uczył przedmiotów humanistycznych, ci zbrodniarze są straszną tajemnicą".

"Na naszym wzgórzu - mówi Alphonse - nie ma nikogo, kto może powiedzieć Bogu z zamkniętymi oczami, że nigdy nie poszedł na wyprawę".

Obcy i znajomi

Nim przyszła tamta wiosna, Tutsi i Hutu grali w Nyamacie w jednej drużynie piłkarskiej. Przez dwa sezony drużyna była nawet w pierwszej lidze. Ostatni mecz rozegrała w lutym 1994. Tamtego dnia na boisko wyszło pięciu Hutu, pięciu Tutsich i chłopak z mieszanego małżeństwa.

Piłkarze są wysportowani i lubiani. Gdy zacznie się sezon maczet, ludzie zażądają, żeby przewodzili na bagnach.

Evergiste Habihirwe, dawny gracz Tutsi, chce się schronić u przyjaciela z boiska. "Gdy przyszedłem na jego podwórze - wspomina - trzymał maczetę i zobaczyłem, że ściął już dwoje dzieci. Na szczęście czas dał mi chwilę, by uciec". Za dnia Evergiste chowa się na polach sorgo, w nocy drapie ziemię, szukając manioku. Słyszy okrzyki dawnych kolegów: "Evergiste, przejrzeliśmy trupy i nie widzieliśmy jeszcze twojej twarzy karalucha. Dopadniemy cię!".

Pio: "Jeśli przez nieszczęście dostrzegałem kogoś, kogo znałem, na przykład kolegę od piłki, jakieś ostrze jakby kłuło moje serce i zostawiałem go, żeby zabił go kolega idący obok. Ale musiałem zrobić to ostrożnie, żeby nie zdradzić mego dobrego serca".

Elie: "Tak czy owak, ten, kto unikał śmiertelnego gestu wobec dobrego znajomego, czynił to przez wzgląd na siebie, nie na niego, bo wiedział, że tamtemu nic nie pomoże. Zostanie zabity tak czy owak. Przeciwnie, mógł zostać ścięty bardziej okrutnie, bo na chwilę opóźnił robotę".

Fulgence: "Znacznie lepiej było zabijać obcych niż znajomych, bo znajomi mieli czas, żeby przeniknąć cię skrajnym spojrzeniem, nim otrzymali ciosy. Spojrzenie nieznajomego mniej łatwo przenikało umysł czy pamięć".
Francine Niyitegeka przez miesiąc ukrywała się na bagnach Nyamaty. "Byli zabójcy, którzy szeptali imiona znajomych podnosząc papirusy i obiecywali ochronę - mówi Francine. - Ale to był tylko fortel, żeby zachęcić ich do wstania z kryjówki i móc ściąć ich bez trudu poszukiwań. To było bardzo niebezpieczne, zostać odkrytym przez znajomego, bo mógł ci zadać cierpienia na pokaz".

Léopord: "Wiedzieliśmy, że naszym sąsiadom Tutsim nie da się zarzucić żadnych złych uczynków, ale myśleliśmy, że wszyscy Tutsi są winni naszych odwiecznych kłopotów. Nie patrzyliśmy już na nich z osobna...".

Pancrace: "Podczas wojny zabijasz tego, kto się z tobą wadzi lub chce twojej krzywdy. W zabójstwach tej kategorii (czyli w kategorii ludobójstwa w Rwandzie - przyp. mój) zabijasz swoją sąsiadkę Tutsi, z którą słuchałeś radia, albo kobietę, która kładła ci lecznicze zioła na rany, albo własną siostrę, której mąż był Tutsi. Albo nawet, w przypadku tych, którym się nie poszczęściło - własną małżonkę Tutsi i dzieci na ogólne żądanie. Oto różnica, która zmienia wszystko."

Ignace: "Tutsi przyjęli tyle zabójstw bez protestu, tak często czekali na śmierć lub na ciosy nie podnosząc głosu, że myśleliśmy niejako, że taka ich dola, umrzeć tu i teraz, wszyscy razem".

Pio: "Nie widzieliśmy już ludzkich istot, kiedy wyszukiwaliśmy Tutsich w bajorach. To znaczy ludzi takich jak my, dzielących myśl i podobne uczucia... Ta prawda nie jest do uwierzenia dla tego, kto nie przeżył jej w swoich mięśniach. Nasze życie codzienne było nadprzyrodzone i krwawe, i to nam odpowiadało".

Elie: "Wszystkie wielkie osobistości odwróciły się plecami od naszych zabójstw. Błękitne hełmy, Belgowie, biali dyrektorzy, czarni prezydenci, organizacje humanitarne i światowe telewizje, biskupi i opaci, w końcu nawet Bóg. Czy On obserwował, co się działo na bagnach? Czemu nie skierował swego gniewu na nasze spojrzenia zabójców?".

Ignace: "Biali księża uciekli przy pierwszych utarczkach. Czarni księża zostali albo zabitymi, albo zabójcami. Bóg się nie odzywał, a kościoły śmierdziały trupami, które porzucono w środku... Nie byliśmy już zwykłymi chrześcijanami. Musieliśmy na krótki okres zapomnieć o obowiązkach, których nauczyliśmy się na katechezie. Musieliśmy najpierw być posłuszni szefom. A Bogu dopiero potem, długo później, żeby się wyspowiadać i odbyć pokutę, kiedy robota będzie zakończona".

"Tylko psy i dzikie zwierzęta zapuszczały się do kościoła, do jego smrodu rzeźni. Nas, kiedy szliśmy wzdłuż muru kościoła, żeby zejść do bagna, ten smród odwracał jeszcze bardziej od lektury Ewangelii - mówi Jean-Baptiste. - W gruncie rzeczy wiedzieliśmy, że Chrystus nie był w tej sytuacji po naszej stronie, ale ponieważ nie mówił nic ustami księży, to nam wystarczało".

Léopord: "To czasem boleśnie nas dotykało, że Tutsi czekali na śmierć bez krzyku. Wieczorem zadawaliśmy sobie pytania: dlaczego ci ludzie nie protestują, dlaczego nie proszą o litość?... Organizatorzy mówili, że Tutsi czują się winni za zło bycia Tutsi. Ja wiedziałem, że to nieprawda. Tutsi nie prosili o nic, bo nie wierzyli już w słowa w tej godzinie śmierci. Nie wierzyli już w krzyki, jak przestraszone zwierzęta, które wyją pod śmiertelnymi ciosami, żeby je usłyszano. Przejmował ich wszechpotężny smutek. Czuli się opuszczeni przez wszystko, nawet przez to, co mogli powiedzieć".

Kolby i kiście

Claudine Kayitesi, która uciekła podczas masakry z kościoła i kryła się na bagnach, opisała Hatzfeldowi swój "rozkład zajęć przeżycia".
Za dnia Claudine chowa się w mule pod papirusami. Wieczorem, gdy zabójcy wracają na wzgórza plądrować, krąży po parcelach, szukając korzeni manioku. Noc przesypia z innymi w opuszczonej szkole. Przed świtem wraca na bagna. Pomaga chować dzieci po dwoje czy troje w mule nasiąkłym krwią i sama kładzie się pod liśćmi. Zamiera.

Zabójcy nadchodzą kolumną, śpiewając.

Pancrace: "Ciąć kukurydzę czy banany, to równa robota. Bo kolby i kiście są podobne, nie stawiają oporu. Ciąć na bagnach, to było coraz bardziej wyczerpujące. Gest podobny, ale wrażenie inne... To była robota niespokojna. Na początku Tutsi byli bardzo liczni i wystraszeni, wcale nie ruchliwi, i to nam ułatwiało zadanie. Kiedy nie dawaliśmy rady tknąć najbardziej zwinnych, nadrabialiśmy sobie na chudzielcach. Były małe grupki bardzo dobrze schowane. Chwytali wszystkie fortele zwierzyny bagiennej... Zbyt często zagłębialiśmy się w bagna na nic... Bagna w dodatku gniły trupami, które miękły w mule. Zbierały się, coraz bardziej śmierdzące, i trzeba było uważać, żeby na nie nie stanąć".

Alphonse: "Błoto pokrywało nam kostki, czasem kolana. Słońce przeszywało nam czaszkę. Papirusy drapały nam koszule i skórę pod nią. Patrzyli na nas koledzy. Jeśli okazywaliśmy drżenie, wyśmiewali się i wyzywali od tchórzy...".

"Ale nie można powiedzieć, żebyśmy żałowali pól - mówi Pio. - Zabijanie to była działalność brutalniejsza, lecz bardziej dochodowa. Najlepszy dowód - nikt nie poprosił o zezwolenie, żeby iść karczować swoje pole, nawet na pół dnia".

"Na bagnach - mówi Léopord - można było ociągać się godzinami, szukając kogoś do zabicia. Można było ukryć się w cieniu i gawędzić, nie czując się nierobem. Dzień nie ciągnął się tak, jak na polach".

O piętnastej zabójcy wracają - muszą zachować czas na plądrowanie.

Jean-Baptiste: "Gdyby Inkotanyi nie zmusili nas do ucieczki, pozabijalibyśmy się wzajem po śmierci ostatniego Tutsi, tak byliśmy ogarnięci szaleństwem parceli do podziału".

Léopord: "Widziało się kobiety, które przeszukiwały domy. Zapuszczały się nawet na bagna, żeby rozwiązywać kupony kretonu, którym przepasane były nieszczęśniczki, które zginęły. Plądrowały wszystko: miednice, dzbanki, święte obrazki, zdjęcia ślubne. Zabierały zakrwawione ubrania nie obawiając się prania. Szperały w majtkach z powodu schowanych pieniędzy. Tylko nie w kościele, z powodu gnicia trupów zapomnianych od masakry pierwszego dnia".

Są kobiety, które dobijają konających. Inne zdzierają tylko ubranie i zostawiają w agonii.

"Okrucieństwo osoby zależy od jej serca, nie od jej płci" - mówi Marie-Chantal, której mąż siedzi dziś w celi śmierci w Rilimie.

Nikt nie schodził na pole

Jean-Baptiste: "Nikt już nie schodził na pole. Na co plewić, kiedy i tak jedliśmy do syta? Jedyne zadanie to było zakopać banany w rowach, żeby sfermentowała urwagwa na następne wieczory. Stawaliśmy się bardzo leniwi. Nie grzebaliśmy trupów... Chyba, oczywiście, że przez nieszczęście jakiś Tutsi został zabity na twoim polu, z powodu brzydkiego zapachu, psów i żarłocznych zwierząt".

Léopord: "Wieczorem spaliśmy bezpiecznie, nie myśląc o suszy. Zapomnieliśmy o naszych troskach rolników. Jedliśmy obficie jedzenie pełne witamin. Byli nawet ludzie między nami, którzy pierwszy raz w życiu spróbowali makaronu i słodyczy... Bo zaopatrywaliśmy się nie płacąc w centrum Nyamaty, w sklepach, do których rolnicy nigdy nie weszli".
Alphonse: "Targowanie robiło się mniej poważne, cyfry wirowały radośnie. Starsi szeptali, że to plądrowanie skrzywiało nasze umysły w złym kierunku. Że przyszłość szykowała nam pułapkę. Ale widząc te wygodne początki, kto mógł ich słuchać?".

Mówiło się, że to szczęśliwy sezon i nie będzie drugiego takiego. "Wstawaliśmy bogaci, szliśmy spać najedzeni, prowadziliśmy życie do syta" - mówi Ignace.

Po trudach dnia przychodził bowiem czas świętowania.

"Kobiety zmieniały sukienki trzy razy w ciągu wieczora - powiedziała Hatzfeldowi Clémentine Murebwayre. - To były codzienne bachanalia".

Fulgence: "W barze robiliśmy porównania i konkursy. Wielu zawyżało swoje liczby, żeby więcej otrzymać w zamian. Inni je zaniżali, bo czuli się nieswojo opowiadając o przelanej krwi... Ale był jeden, którego znamy dziś dobrze w więzieniu, który się chwalił w dobry dzień ponad trzydziestoma ofiarami i nikt nie zarzucił mu kłamstwa".

"Ja spędzałem te wieczory wesela z udawanym uśmiechem i niespokojnym uchem - mówi Jean--Baptiste. - Opłaciłem chłopaka, żeby obchodził mój dom, ale pozostawałem czujny. Ocalenie mojej małżonki Tutsi mnie męczyło, zwłaszcza podczas tych momentów pijatyk".

Jean-Baptiste, nim wrócił na rolę, był urzędnikiem w Nyamacie. Małżeństwa mieszane były sprawą ludzi z miasta - tłumaczy Innocent Rwililiza. Dla rolnika to była tylko komplikacja. Tylko w mieście kupcy Tutsi żenili się z dziewczętami Hutu, żeby mieć dojście do lokalnych władz, a urzędnicy Hutu brali za żony Tutsi, bo uchodziły za piękne kobiety. Żona Tutsi nie musi być dowodem tolerancji - może być dowodem snobizmu.

Jeśli ojciec jest Hutu, dziecko będzie Hutu. Jeśli ojciec jest Tutsi, dziecko jest Tutsi. Teraz mężowie Tutsi i ich dzieci mają zginąć. Żony Tutsi i ich dzieci mogą przeżyć, jeśli ich mężowie Hutu opłacą, kogo trzeba i dowiodą lojalności stając na czele masakr. Dyrektor poczty, sędzia i inni notable z Nyamaty zachowają swoje żony Tutsi.

Léopord: "Pewnego dnia radny powiedział: »Kobieta, która leży, nie ma przynależności etnicznej«. Po tych słowach mężczyźni łapali dziewczyny i zabierali sobie na żony na swoją parcelę. Wielu obawiało się wyrzutów małżonek i siłą brało dziewczyny podczas pracy zabijania na bajorach, nie chowając się nawet za papirusy przed towarzyszami. Są dziewczyny, które przeżyły dzięki temu... Zwłaszcza, jak wpadły w ręce wojskowych, którzy nikogo nie mieli w domu. W rękach rolników to oczywiście nie mogło trwać długo".

"Przed gwałtem chroniła nas nienawiść rasowa" - mówi Simone Veil, francuska deputowana, ocalona z Shoah. W Ruandzie nienawiść rasowa nie stała na przeszkodzie.
Fulgence: "Wieczorem atmosfera była bardzo radosna. Ale w nocy zmieniała się, kiedy wracałem do domu. Żona czuła wobec mnie strach... Odwracała się na złą stronę. Czuwanie i sen nas dzieliły, nie mieliśmy już tych samych nadziei. Wielu kolegów szukało spraw seksu w chaszczach, po prostu z powodu zmiany atmosfery w ich pościeli".

Alphonse: "Moja małżonka pewnego wieczora zrobiła mi kazanie: »Alphonse, uważaj, wszystko co robicie będzie miało przeklęte konsekwencje, bo jest niesamowite i przerasta to, co ludzkie. Cała ta krew wyznacza nasz los poza naszym życiem. Idziemy ku potępieniu«. Na końcu nie chciała dzielić łóżka, spała na ziemi, i mówiła: »Ścinasz ich tylu, że nawet nie możesz policzyć. Boję się tej hańby. Zamieniasz się w zwierzę, ja nie śpię ze zwierzęciem«".

"Są tacy, którzy opowiadają, że zamieniliśmy się w dzikie bestie - mówi jeszcze Alphonse. - Że zaślepiało nas okrucieństwo. Że ukryliśmy naszą cywilizację pod gałęziami - dlatego nie możemy znaleźć pasujących słów, żeby mówić o tym jak należy... Ja mogę powiedzieć tyle: poza bagnami nasze życie wyglądało bardzo zwyczajnie. Podśpiewywaliśmy na ścieżce, piliśmy Primusy albo urwagwa... Rozmawialiśmy o naszym szczęśliwym losie, mydliliśmy plamy od krwi w miednicy, cieszyliśmy nozdrza przed kociołkami z jedzeniem. Cieszyliśmy się nowym życiem, które miało się zacząć... Rozgrzewaliśmy się w nocy na naszych małżonkach i prawiliśmy kazania rozbrykanym dzieciom...

Na końcu sezonu bagien byliśmy bardzo rozczarowani, że nam się nie udało. Martwiliśmy się wszystkim, co mieliśmy utracić, baliśmy się złego losu i zemsty, które wyciągały do nas ramiona. Lecz w gruncie rzeczy niczym nie byliśmy zmęczeni".

Dokończenie za tydzień

Olga Stanisławska jest reportażystką i eseistką. Laureatka Nagrody Kościelskich 2002 za książkę "Rondo de Gaulle'a", zapis samotnej wędrówki przez Afrykę. Podróżowała na Bliski Wschód szlakiem krzyżowców, niemal rok spędziła w Bośni.

Raymond Depardon (ur. 1942) jest wybitnym francuskim fotografem i dokumentalistą. Laureat Nagrody Pulitzera (1977), wyreżyserował m.in. "Reporters" (1981, Cezar i Oskar dla najlepszego dokumentu), "New York, N.Y." (1986), "Urgences" (1988), "Niedotknięty przez Zachód" (2002).

W tekście wykorzystano cytaty z książek Jeana Hatzfelda "Dans le nu de la vie" i "Une saison de machettes", opublikowanych przez wydawnictwo Seuil.

Nikt nie schodził na pole (2)

Ruanda, kwiecień 1994. W zamachu dokonanym przez nieznanych sprawców ginie prezydent Juvénal Habyarimana. Rządzący krajem politycy Hutu wzywają do eksterminacji Tutsich. W ciągu trzech miesięcy ginie 800 tysięcy Tutsich i dziesiątki tysięcy Hutu, którzy nie chcą brać udziału w masakrach. W 2000 r. francuski dziennikarz Jean Hatzfeld publikuje świadectwa ludzi, którzy ocaleli z rzezi w powiecie Nyamata. Ochotnicy z bojówek Interahamwe, szkolonych przez wojsko ruandyjskie, oraz sąsiedzi Hutu wymordowali tam ok. 50 z 59 tysięcy Tutsich. Jedni zginęli w kościołach w Nyamacie i N'taramie, gdzie szukali azylu, innych wytropiono na bagnach, gdzie się ukrywali.

Rebelianci przychodzą na bagna Nyamaty, gdzie ukrywają się ostatni Tutsi. Długo wołają na próżno. Francine, Jeanette i inni, którzy przeżyli, milczą, schowani pod liśćmi papirusów. Boją się kolejnego fortelu.

Tydzień dłużej, mówi Innocent Rwililiza, i nikt by nie ocalał.

Innocent Rwililiza - nauczyciel Tutsi, przyjaciel i tłumacz Hatzfelda - przetrwał, ukrywając się w lesie. "Wielu zagranicznych dziennikarzy powiadało, że piwo i podobne rzeczy odegrały decydującą rolę w zabójstwach - mówi. - To prawda, ale była to inna rola, niż myślą. Zabójcy stawiali się rano trzeźwi, żeby zacząć zabijać. Ale wieczorem opróżniali więcej butelek piwa Primus niż zwykle, by sobie to wynagrodzić, i to ich osłabiało na następny dzień... Im więcej ścinali, tym więcej pili wieczorem i tym bardziej spóźniali się ze swym programem. Nie ma wątpliwości - to te szczegóły plądrowań i pijaństw nas uratowały".

"Czuliśmy się zbyt swobodnie w tej niecodziennej robocie, która się dobrze zaczęła - mówi w więzieniu w Rilimie Adalbert Munzigura, jeden z zabójców z okolic Nyamaty. - Ale czas i lenistwo odbiły się na nas. Zrobiliśmy się zbyt pewni siebie i marudziliśmy po drodze. Zbyt wielka niefrasobliwość okazała się zgubna".

Latem 1994 r. rebelianci Tutsi przejmują władzę w Kigali. Adalbert, Pancrace i inni Hutu z Nyamaty uciekają do Konga. Gdy dwa lata później nowa armia ruandyjska przekracza granicę, by zaatakować tamtejsze obozy uchodźców, zaczyna się fala powrotów. Pół miliona Hutu wraca do kraju. Dwieście tysięcy tych, którzy próbują uciekać w głąb Konga, ginie w puszczy z rąk rebeliantów Laurenta Désiré Kabili, sprzymierzonych z ruandyjskim rządem.

"Wiedziałem, że moje złe uczynki zostaną dostrzeżone, kiedy wrócę - mówi Adalbert. - Ale wolałem przyprowadzić z powrotem moje winy do więzienia w mojej okolicy, niż kryć je w lasach Konga, bez znajomych, z którymi mogę je dzielić. Nie wiem, czy moja pokuta zostanie przyjęta, czy będę oszczędzony. Ale pokuta jest jak śmierć, trzeba ją przyprowadzić z powrotem jak najbliżej swego wzgórza".

Liczbę Hutu, którzy uczestniczyli w masakrach, ocenia się na około milion. W Ruandzie nie ma dosyć prawników, żeby osądzić taką masę zabójców. Międzynarodowy Trybunał zajmuje się tylko wysoko postawionymi oskarżonymi.

Zaczyna się długie czekanie na proces w przepełnionych więzieniach.

Odwracam się przeciw cieniom

Cassius Niyonsaba ma lat 12. Codziennie po szkole przychodzi na podwórze kościoła w N'taramie. W kościele złożono wszystkie kości, jakie znaleziono w okolicy. Nie było pieniędzy, by - jak w Bośni - zidentyfikować szczątki i zwrócić je krewnym. Cassius ogląda ułożone porządnie na półkach rzędy czaszek - to ludzie, którzy zginęli dookoła niego. Jemu podczas masakry udało się wymknąć z kościoła i ukryć w lesie. Uratowała go kobieta Tutsi, która nosiła mu jedzenie i kładła zioła na rany. Dowiedział się o tym jej mąż, Hutu. Zabił ją jednym uderzeniem noża - powiedziano potem Cassiusowi.

"Nie pamiętam już, ile miałem starszych i młodszych sióstr - mówi Cassius. - Moja pamięć jest zaprzątnięta wielką liczbą zmarłych i nie jest już zbyt dobra do cyfr. To zresztą opóźnia mnie w szkole".

Angélique Mukamanzi, lat 25, marzyła, że opuści rodzinną parcelę, skończy prawo i zostanie adwokatem w Kigali.

"Dziś - mówi Angélique - widzę tylko przeszkody w moim życiu, bagna wokół moich wspomnień i motykę, która wyciąga do mnie swój trzonek... Patrzę na smutny czas, który przepływa przede mną, jak na wroga. Cierpię, uwiązana do tego życia, które nie było mi przeznaczone... Zapomniałam o fantazji miłości. Czekam tylko na łagodne oczy codziennego mężczyzny, spoglądające na to, kim jestem. Słyszę kandydatów, którzy pukają do drzwi w wyszczotkowanych butach, lecz nigdzie nie widzę nikogo, kto mógłby przynieść mi chwile czułości".

Wśród mężczyzn pracujących w oddali na polach Angélique rozpoznaje zabójców. "Ich rodziny zachowały silne ramiona do pracy - mówi. - Ja i moja siostra mamy tylko nasze własne, wątłe ramiona, żeby wyżywić dzieci, które zostały bez rodzin".

Angélique wraz z siostrą Laetitią wychowuje ośmioro sierot.

Nyamata z wolna powraca do życia. Życia pełnego powikłań - pozostały wdowy, które nie mają praw do parceli po mężu, zgwałcone kobiety zarażone HIV, dla których nie ma leków, osierocone dzieci. Otwarto jednak szpital i zbudowano antenę dla telefonów komórkowych. Wyrosły pierwsze wille.

Francine Niyitegeka, ocalona z bagien, otworzyła we wsi Kibungo bar. Przychodzą do niego tylko ocaleni. Po drugiej stronie ulicy klientela jest bardziej mieszana.

Francine żyje, bo zabójcom na bagnach zdarzało się ranić człowieka i zostawić w mule, aby go dobić nazajutrz. O niej zapomnieli. Gdy leżała tak, półprzytomna po uderzeniu pałką, jej narzeczony Théophile przynosił jej wodę. Dziś jest jej mężem. Mają dwoje dzieci.

Francine nie sypia dobrze. "Gdy się przeżyło prawdziwy koszmar na jawie, nie rozdziela się już, jak dawniej, myśli dziennych i myśli nocnych. Od czasu ludobójstwa czuję się stale ścigana, dzień i noc. W łóżku odwracam się przeciw cieniom, na drodze oglądam się za sylwetkami, które idą za mną. Boję się o moje dziecko, gdy mijam obce oczy. Czasem nad rzeką trafiam na twarz jakiegoś Interahamwe i mówię sobie: »Hm, Francine, tego człowieka widziałaś już we śnie«, i dopiero potem przypominam sobie, że ten sen to był tamten czas, na jawie, czas bagien...".

"Odczuwam rodzaj wstydu, że przez całe życie czuję się taka ścigana tylko za to, kim jestem - mówi Francine. - Gdy tylko zamykam nad tym powieki, płaczę w głębi siebie, ze smutku i upokorzenia".

Tamci

Ze wszystkich zbrodniarzy wojennych - pisze Hatzfeld - sprawcy ludobójstwa wydają się najmniej poruszeni.
W więzieniu, gdzie stłoczono blisko 7500 więźniów, grupa przyjaciół, z którymi rozmawia Hatzfeld, spotyka się o szóstej rano na ciasnym dziedzińcu, by iść razem po wodę z jeziora, spożyć posiłek czy zagrać w siatkówkę. Adalbert, który był szefem bojówki Interahamwe we wsi Kibungo, jest teraz szefem bezpieczeństwa bloku. Fulgence oddaje się modlitwom, Pio ucieka w żarty.

Czy mają złe sny? "Myślę, że w nocy wszyscy jesteśmy podobni - powiada Alphonse. - Nasze własne nieszczęścia łatwiej opanowują nasze koszmary niż nieszczęścia innych... Myślę, że mój sen odnajdzie odpowiedni spoczynek, gdy odzyskam wolność i dawne życie".

Pancrace: "Pośród zabójców malaria albo cholera zabiły wielu w więzieniu. Strach przed zemstą zabił. Złe warunki i bijatyki zabiły, ale wyrzuty sumienia nigdy".

"Rolnik, który schodzi na pole, zadaje sobie po drodze pytanie, dlaczego będzie przesadzać fasolę czy kukurydzę - tłumaczy Léopord. - Profesor, który wchodzi do szkoły, zastanawia się, jakiej lekcji udzieli swojej klasie. Mechanik wybiera część, jaką będzie czyścić. Ale zabójca z bagien jest wolny od pytań... Wiele naszych myśli było pustych i ich wspomnienie także jest puste".

"W więzieniu wielu zabójców myśli, że to ich porażka jest największą przyczyną ich strasznych kłopotów dzisiejszych - ciągnie Léopord. - Na wzgórzach też. Mówią, że za długą drogę przeszli bez Tutsich, żeby móc zawrócić. Myślą, że nie znajdą już korzystnego miejsca obok Tutsich, których nie wyeliminowali do końca...".

Ale Alphonse, Léopord czy Elie są dobrej myśli. Czekają na koniec kary i powrót do domu.

Elie: "To w obozach pewni ludzie poczuli się onieśmieleni tym, co zrobili; inni w więzieniu, jak ja. Napisałem liściki z przeprosinami do rodzin ofiar, które znałem, i przesłałem je przez odwiedzających. Sam się wydałem i opowiedziałem moje winy rodzinom osób, które zabiłem. Kiedy wyjdę, przyniosę prezenty, jedzenie i picie. Ofiaruję piwo Primus i szaszłyki w wystarczającej ilości na pojednawcze spotkania".

"Jeśli wyjdę na wolność, będę mógł uściślić szczegóły i przebieg sytuacji na bagnach - obiecuje sobie Alphonse. - Będę mógł złożyć wizyty po domach i opowiedzieć, jak to się odbyło, żeby zaspokoić potrzebę wiedzy i zdobyć przebaczenie".

"Wielu więźniów woli jednak prosić o przebaczenie Boga niż sąsiadów. U Boga słowa niosą mniejsze ryzyko na przyszłość i dają większą ulgę - zauważa Pancrace. - Na bagnach pobożni chrześcijanie zamieniali się w okrutnych zabójców. W więzieniu bardzo okrutni zabójcy zamieniają się w bardzo pobożnych chrześcijan".

"Im bardziej zabójcy czują się winni, tym chętniej chodzą do kościoła - mówi Marie-Chantal, żona skazanego na śmierć Josepha-Désiré Bitero. - Podobnie i ocaleni, im bardziej są zdruzgotani... Winni i ofiary ocierają się ramionami w pierwszym rzędzie modlących się, jakby zapomnieli... Im mniej ludzie patrzą na siebie oczyma porozumienia i pomocy jednych dla drugich, z tym większą miłością patrzą na religijne figurki na ścianach".

Pio, jak jego koledzy, jest jednak optymistą: "Jeśli życie w dobrym porozumieniu było możliwe dawniej, musi być jeszcze możliwe, mimo tych głupich zabójstw".

"To absolutny charakter ich zbrodni pozwolił im wczoraj dokonać jej ze względnym spokojem - pisze Hatzfeld - i to jej absolutny charakter pozwala im dziś uniknąć uzmysłowienia jej sobie w pełni i odczucia pewnego niepokoju".

"Po latach postawić na nowo stopę na bagnach, gdzie tak czy owak zostawiło się ślady kroków, to możliwe, jeśli stąpać ostrożnie. Ale przymuszać pamięć do naszych ukrytych myśli i złowieszczych medytacji z dzieciństwa, to może prowadzić na manowce. Zwłaszcza, gdy dusze skręciły w tę stronę, co nasze" - mówi Pio.

"Nawet w głębi własnej duszy ryzykowniej jest pamiętać niż zapomnieć - mówi Ignace. - Dlatego próbuję milczeć sam przed sobą".

Podjąć życie

Ten sam monstrualny aspekt tego, co się stało, który uwalnia zabójców od poczucia winy, nie przestaje dręczyć ocalonych - pisze Hatzfeld.

"Co jest w mojej twarzy takiego - pyta Sylvie Umubyeyi - czego Hutu nie mogli znieść, skoro chcieli mnie ściąć, choć nic im nie zrobiłam?".

"Ja widzę, że ocaleni i zabójcy wcale nie przypominają sobie rzeczy w ten sam sposób - powiada Clémentine Murebwayre, której mąż był Tutsi. - Zabójcy, jeśli zgodzą się mówić na głos, mogą powiedzieć prawdę o wszystkich szczegółach tego, co zrobili... Ich pamięć nie obija się o wszystko, co przeżyli, nie czuje, że te wszystkie wydarzenia ją przerastają... Ci, co ocaleli, nie dogadują się tak dobrze z własną pamięcią. Ona stale kluczy, z powodu strachu i upokorzenia tym, co im się zdarzyło. Czują się, jakby byli winni jakiejś przewiny, która wymyka im się na zawsze. Zabici są dla nich bliscy, jakby mogli ich dotknąć...".

Claudine Kayitesi w nocy widzi wciąż twarze zmarłych: "Kiedy się budzę, czuję niepokój pomiędzy mną a tymi, co zostali ścięci... Nie jestem winna, bo nic nie mogłam dla nich zrobić. Ale nie czuję się szczęśliwa, że uniknęłam śmierci".

Sylvie Umubyeyi pracuje z osieroconymi dziećmi. "Dzieci Tutsi, które przeżyły zabójstwa, zmieniają się z czasem - mówi. - Ich wspomnienia są ciężkim bagażem, który jednak z wiekiem może zelżeć. Dla dzieci Hutu, które były w Kongu, ciężar pozostaje, bo nie patrzą przeszłości w oczy. Milczenie unieruchamia je w strachu... Trudno zachęcić je do mówienia. A jednak nie będą mogły na nowo postawić stóp w życiu, jeśli nie powiedzą nic o tym, co w nich walczy ze sobą".

Kobiety Hutu dźwigają własne brzemię. "Na wzgórzu Kibungo żadna kobieta nie zabrała dziecka sąsiadki Tutsi, która odeszła ku śmierci - opowiada Clémentine Murebwayre. - Żadna kobieta nie przemieszała noworodka z własnymi. Nawet za pieniądze. Nawet w kryjówce w lesie. Bo kobiety nie chciały, żeby je zrugali mężowie, gdyby z powodu tego złego uczynku ukarano ich grzywną".

Dziś, ciągnie Clémentine, małżonki zabójców nie mówią o ludobójstwie. "Mówią, że żałują nieobecności swoich mężczyzn, biedy, która czeka na nie, gdy wstają rano, złych słów, które krążą po okolicy - jakby mówiły o katastrofach naturalnych. Modlą się, śpiewają, zaprzeczają, nie tylko ze strachu. Czują się bardziej wściekłe niż winne. Bardziej unieszczęśliwiają je obietnice niedotrzymane przez mężów niż skargi i oskarżenia tych, co przeżyli. Milczą, oszukane ze wszystkich stron".

"Ocaleni szukają spokoju w pewnej części pamięci - ciągnie Clémentine. - Zabójcy szukają go w innej części. Nie podzielają ani tego samego smutku, ani strachu. Nie proszą kłamstwa o tę samą pomoc. Myślę, że nigdy nie będą mogli dzielić ze sobą ważnej części prawdy".

"Nie wierzę w koniec ludobójstw - mówi Jeanette Ayinkamiye. - Nie wierzę tym, którzy mówią, że po raz ostatni dotknęliśmy najgorszych zbrodni. Jeśli było jedno ludobójstwo, może przyjść i drugie, kiedykolwiek w przyszłości, gdziekolwiek, w Ruandzie lub gdzie indziej, jeśli istnieje przyczyna, a my jej nie znamy".

Czy możliwe jest przebaczenie? - pyta Hatzfeld.

Francine Niyitegeka: "Czasem, gdy siedzę sama, na krześle, na werandzie, wyobrażam sobie: jeżeli pewnego dalekiego dnia któryś współmieszkaniec miasta zbliży się z wolna do mnie i powie: »Dzień dobry, Francine. To ja ściąłem twoją mamę i młodsze siostry. Chcę poprosić o przebaczenie«, to wtedy tej osobie nie mogłabym odpowiedzieć nic dobrego. Mężczyzna, jeśli wypije jednego Primusa za dużo i pobije żonę, może prosić o przebaczenie. Ale jeśli pracował przy zabijaniu cały miesiąc, nawet w niedziele, czy może mieć nadzieję, że będzie mu wybaczone?".
"Musimy podjąć na nowo życie, bo ono tak zdecydowało... - ciągnie Francine. - Zaczniemy na nowo czerpać razem wodę, wymieniać sąsiedzkie słowa, sprzedawać sobie ziarno. Za 20, 50 lat będą może dziewczęta i chłopcy, którzy będą się uczyć o ludobójstwie w książkach. Dla nas jednak niemożliwe jest przebaczyć".

"Ja jestem gotowa przebaczyć - mówi Sylvie Umubyeyi. - Nie, żeby zaprzeczyć złu, jakie zrobili... Ale po to, żeby nie cierpieć całe życie, zadając sobie pytanie, dlaczego chcieli mnie ściąć. Nie chcę żyć wyrzutami sumienia i strachem, że jestem Tutsi. Jeśli im nie wybaczę, sama będę cierpieć i nie spać, i szeptać... Muszę wymieść strach daleko od siebie, nawet jeśli nie wierzę w ich uspokajające słowa".

I dodaje: "Moje życie zostało zepchnięte ze swojego toru, ludzie z sąsiedztwa już nie są ci sami, moja praca nie jest tą, którą przygotowałam, ale ja chcę być tą samą osobą".

***

Jean-Baptiste Murangira, pierwszy osądzony z grupy przyjaciół, z którymi rozmawiał Hatzfeld, został skazany na 15 lat. Wyszedł po ośmiu i w styczniu 2003 r. wrócił do domu, do swej żony Tutsi.

Adalbert Munzigura, Pancrace Hakizamungili, Fulgence Bunani i Pio Mutungirehe, skazani na 12 lat, odsiedzieli sześć. Od maja 2003 r. mieszkają na swoim wzgórzu. Alphonse Hitiyaremye i Elie Mizinge wciąż czekają na proces, lecz już na wolności. Ignace Rukiramacumu został zwolniony bezwarunkowo - ukończył 70 lat.

Léopord Twagirayezu, skazany tylko na siedem lat, bo współpracował z sądem, odbył karę niemal w całości. Jeszcze jako więzień, podczas oficjalnej ceremonii przebaczenia, został powitany przez sąsiadów groźbami i wyzwiskami. Wyszedł na wolność w grudniu 2002 r., ale nie wrócił w swoje strony.

Joseph-Désiré Bitero, skazany na śmierć szef lokalnej formacji Interahamwe, pozostał w więzieniu. 24 kwietnia 1998 r. publicznie stracono na wzgórzu Kayumba sześciu skazanych, była to jednak jedyna oficjalna egzekucja w powiecie Nyamata.

Berthe Mwanankabandi: "Dawniej wiedziałam, że człowiek może zabić człowieka - to się zawsze zdarzało. Teraz wiem, że nawet osoba, z którą zanurzyłeś ręce w półmisku z jedzeniem, albo z którą spałeś, może zabić cię bez skrępowania. Najbliższy sąsiad może okazać się najgorszy... Oto, czego dowiedziałam się od czasu ludobójstwa i moje oczy nie kładą się już w ten sam sposób na fizjonomii świata".

I jeszcze: "Ludobójstwo popycha w stronę osamotnienia tych, którzy nie zostali pchnięci w stronę śmierci".

Olga Stanisławska jest reportażystką i eseistką. Laureatka Nagrody Kościelskich 2002 za książkę "Rondo de Gaulle'a", zapis samotnej wędrówki przez Afrykę. Podróżowała na Bliski Wschód szlakiem krzyżowców, niemal rok spędziła w Bośni.

W tekście wykorzystano cytaty z książek Jeana Hatzfelda "Dans le nu de la vie" i "Une saison de machettes", opublikowanych przez wydawnictwo Seuil.

______________________________
 
*::!!:: -= [http://www.irc-fzn.prv.pl] -kanał IRC (CZAT) Forum Zjawisk Niewyjaśnionych =- ::!!::*
!!URLOP DO 15 DNIA MARCA!!
Moderator Skaneer: Księga skarg, zażaleń : [forumzn.katalogi.pl/temat6157/]

 
Fluff.y
 Wysłana - 1 październik 2005 13:24      [zgłoszenie naruszenia]

smutne

"Przyszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie."

_______________________________
 
Obudź w sobie Buddę

 
Bongo_z
 Wysłana - 1 październik 2005 14:16      [zgłoszenie naruszenia]

Jakas zbiorowa hipnoza...chore to żeby sąsiad sąsiada a syn ojca
_______________________________
 
Positive attitude to life.

 
Skaneer
 Wysłana - 1 październik 2005 15:04      [zgłoszenie naruszenia]

W moim życiu, stan bliski płaczu wywołały u mnie 3 filmy - 2 animowane w dzieciństwie i trzeci fabularny, całkiem niedawno. Film nosi tytuł: "Hotel Rwanda". Jest oparty na faktach, i to, że taka masakra się wydarzyła, to nie jedyny fakt w tym filmie (a taka sytuacja zdarza się w niektórych filmach z metką "na faktach"). Bohater tego filmu żyje i zdecydowana większość z przedstawionych w tym filmie rzeczy wydarzyła się naprawdę.

opis z filmweb.pl:
Dziesięć lat temu, kiedy Rwanda pogrążała się w szaleństwie, jeden człowiek poprzysiągł chronić rodzinę, którą kochał. Obietnica ta dodała mu odwagi, by ocalić ponad 1200 osób. Film opowiada historię Paula Rusesabahina, kierownika hotelu, który dal schronienie uchodźcom, ratując ich od pewnej śmierci. Kiedy reszta świata zamknęła oczy na problemy Rwandy, Paul udowodnił, że jeden dobry człowiek może wpłynąć na losy świata.

Wg. mnie film wybitny, w Polsce praktycznie nieznany, jak wydarzenia opisywane w pierwszym poście tego topicu.

Link do ściągnięcia (przy pomocy osiołka): [http://www.osloskop.net/r/12179.html]
_______________________________
 
*::!!:: -= [http://www.irc-fzn.prv.pl] -kanał IRC (CZAT) Forum Zjawisk Niewyjaśnionych =- ::!!::*
!!URLOP DO 15 DNIA MARCA!!
Moderator Skaneer: Księga skarg, zażaleń : [forumzn.katalogi.pl/temat6157/]

 
Bongo_z
 Wysłana - 1 październik 2005 17:13      [zgłoszenie naruszenia]

No Skaneer jak tylko przeczytałem twój pierwszy post to chciałem znaleźć więcej informacji...może jakies zdjęcia i przypadkiem trafiłem na film 'Hotel Ruanda'. Juz go ściągam. Napewno warto ale zobaczymy czy poruszy mnie tak jak Ciebie
_______________________________
 
Positive attitude to life.

 
Skaneer
 Wysłana - 1 październik 2005 17:44      [zgłoszenie naruszenia]

Jak obejrzysz to podziel się wrażeniami. A jak ci się spodoba to ściągnij też sobie OST do tego filmu - jest na poziomie emocjonalnym filmu (jak chcesz to jeden utwór, reprezentacyjny w sumie, moge ci przesłać - nominowany do paru nagród, Wycleffa (Million Voices).

Zmieniony przez - Skaneer w dniu 2005-10-01 17:46:02
_______________________________
 
*::!!:: -= [http://www.irc-fzn.prv.pl] -kanał IRC (CZAT) Forum Zjawisk Niewyjaśnionych =- ::!!::*
!!URLOP DO 15 DNIA MARCA!!
Moderator Skaneer: Księga skarg, zażaleń : [forumzn.katalogi.pl/temat6157/]

 
Fluff.y
 Wysłana - 1 październik 2005 22:16      [zgłoszenie naruszenia]

Rwanda: skazani za ludobójstwo pracują społecznie
2005-09-27

Setki skazanych za ludobójstwo zostało uwolnionych na mocy prezydenckiego dekretu. W ramach kary za ludobójstwo popełnione w 1994 r. rozpoczynają oni prace społeczne.

- Zamiast trzymać ich w więzieniach, bardziej pożyteczne jest, gdy będą oni pracować społecznie - powiedział Emmanuel Twagirumukiza, nadzorujący prace.

Władze Rwandy określają prace społeczne skazanych jako "prace dla dobra ogółu". Obejmują one budowę domów dla osób, które przeżyły ludobójstwo, a których domy zostały zniszczone lub spalone. Skazani będą również sadzić drzewa, uprawiać rośliny, budować drogi i wykonywać wszelkie inne zadania, które rząd uzna za potrzebne.

Pierwsza grupa skazanych, która ma pracować społecznie liczy ponad 100 tysięcy osób ze środkowej prowincji Gitarama. Zostali oni uwolnieni po tym, jak przyznali się do ludobójstwa. Wielu ze skazanych to mordercy, którzy brali udział w ludobójstwie oraz zostali oskarżeni o zbrodnie przeciw własności popełnionych w czasie od kwietnia do lipca 1994 roku. Zginęło wtedy około 937 tysięcy ludzi, głównie należących do plemienia Tutsi oraz politycznie umiarkowanych Hutu.

Najwięksi zbrodniarze - czołowe postacie, które zaplanowały ludobójstwo - są sądzeni przez regularne sądy rwandyjskie i całą karę odbywają w więzieniu.

- Obecnie realizowany projekt przyczyni się także do zabliźnienia ran psychicznych osób, które przetrwały ludobójstwo i w ten sposób pomoże w pojednaniu - stwierdza Twagirumukiza.

Ostatnio Rwanda wypuściła około 30 tysięcy więźniów; większość z nich przyznała się w minionym roku do udziału w ludobójstwie. W 2003 roku około 24 tysiące osób zostało uwolnionych na mocy dekretu prezydenta dotyczącego młodocianych, osób starszych i chorych.

źródło: [http://www.pomagamy.pl/niusy/rwanda_skazani_pracuja_spolecznie_irin.htm]
_______________________________
 
Obudź w sobie Buddę

 
Skaneer
 Wysłana - 2 październik 2005 10:24      [zgłoszenie naruszenia]

Sog, ciekawa strona z której jest ten art.
_______________________________
 
*::!!:: -= [http://www.irc-fzn.prv.pl] -kanał IRC (CZAT) Forum Zjawisk Niewyjaśnionych =- ::!!::*
!!URLOP DO 15 DNIA MARCA!!
Moderator Skaneer: Księga skarg, zażaleń : [forumzn.katalogi.pl/temat6157/]

 
Bongo_z
 Wysłana - 10 październik 2005 20:33      [zgłoszenie naruszenia]

Wasnie obejrzalem Hotel Rwanda i naprawde go polecam. Warto poświęcic te 2 godziny na obejzenie go. Napewno sie nie zawiedziecie
_______________________________
 
Positive attitude to life.

 
Skaneer
 Wysłana - 22 październik 2005 23:12      [zgłoszenie naruszenia]

Odświeżam, bo temat jest ego warty...
_______________________________
 
*::!!:: -= [http://www.irc-fzn.prv.pl] -kanał IRC (CZAT) Forum Zjawisk Niewyjaśnionych =- ::!!::*
!!URLOP DO 15 DNIA MARCA!!
Moderator Skaneer: Księga skarg, zażaleń : [forumzn.katalogi.pl/temat6157/]

 
zola18
 Wysłana - 24 grudzień 2005 19:05      [zgłoszenie naruszenia]

wart ale lol czemu on jesdt w na luzie nie mozna go przeniesc ja nie widze w tym nic smiesznego
_______________________________
 
Fallout Całym moim Życiem.

[Powiadom mnie, jeśli ktoś odpowie na ten artykuł.]


Odpowiedzi jest na 2 strony.   | następną
 
Wybierz stronę:  
Przegląd tygodnia | Wyślij odpowiedź

Ludobójstwo w Ruandzie

Strony: 1 2
 

wersja lo-fi


Pozycjonowanie i optymalizacje zapewnia

Copyright 2000 - 2010 KULTURYSTYKA.PL
 
Powered by Pazdan ForKat 4.0